4 July 2026
Obcy. Osiem fundacji, które naznaczyły Kretę
Historia świętego, który nie budował kościołów i nie robił cudów. Zbudował wspólnoty, które przetrwały tysiąc lat.

Zanim zacznę w ogóle opowieść o człowieku, muszę opowiedzieć o wyspie. Bo to na wyspie wszystko się zaczęło.
Jedziesz drogą, która chyba nigdy się nie skończy. Serpentyna wije się między kamieniami i powoli wspina po zboczu góry. Gdzieś spomiędzy głazów patrzą na Ciebie kozy, patrzą spode łba i milczą. Na końcu tej drogi, tam gdzie mapa pokazuje już tylko pustą przestrzeń, niepociętą siecią najwęższych nawet dróg, stoi kościół. Albo raczej to, co pozostało z jego dawnej świetności. Nikogo wokół, żadnej wioski, osady, żadnego szyldu. Mieszka tu może z pięć osób, w sezonie.
Przychodzi do głowy prozaiczne pytanie — kto to zbudował? Nie, to jest za grzeczne. Takie pytania zadaje się w muzeum. Nasze pytanie brzmi zgoła inaczej.
Dlaczego na Krecie jest tyle kościołów?
Nie trzy — wystarczy wyściubić nos poza hotel, żeby wiedzieć, że to nie jest prawda. Nie trzydzieści, całe setki. Właściwie to tej liczbie bliżej będzie tysiąca. Lassithiotakis, w swoim katalogu, doliczył się ich dokładnie 865 — bizantyjskich i weneckich razem. I to tylko tych, które przetrwały na tyle, żeby ktoś zdążył je spisać, zanim się rozsypały albo zarosły. Rozsiane po zboczach gór, budowane w niedostępnych wąwozach, na przełęczach, na brzegu morza. W miejscach, do których dziś trzeba jechać dobrą terenówką, a tysiąc lat temu trzeba było iść piechotą i to długo.
Naturalna odpowiedź nasuwa się sama: bo Grecy są religijni.
I owszem. Są. Tylko że ta odpowiedź w rzeczy samej nie odpowiada na zadane pytanie. Co gorsza, rodzi kolejnych sto pytań, bo niby dlaczego są? Polacy też są, Irlandczycy też, ale nic z tego nie wynika, poza oczywiście stwierdzeniem faktu.
Sama religijność nie tłumaczy, dlaczego ktoś tysiąc lat temu zdecydował się zbudować mały kościółek na kompletnym odludziu. Na dokładkę posadowił go tak, że i dziś, nawet dobrym autem, dojechać nie sposób. Wiem, za chwilę ktoś powie, że można dojść. I owszem, można, ale dlaczego to tam stoi? Po co ktoś, w czasach tak odległych, budował kościół na skalnej półce albo nad brzegiem morza, kilometry od najbliższej osady ludzkiej? Dlaczego akurat tutaj, a nie kawałek dalej, gdzie byłoby wygodniej, bliżej wody, bliżej drogi. Coś — albo ktoś — musiało zdecydować inaczej.
Rok, powiedzmy, 970. Kreta jest raną, która dopiero się goi. Niecałą dekadę wcześniej Nicefor II Fokas odbił wyspę z rąk Arabów — sto trzydzieści lat panowania islamskiego skończyło się krwią przelaną pod murami Chandaksu. Wyspa jest na wpół pusta, na wpół spalona, zapomniana przez cesarstwo, które właśnie zaczyna ją sobie przypominać na nowo.
W tym czasie, w wiosce Siva (Σίβα) na południu wyspy, rodzi się chłopiec w zamożnej rodzinie. Będą go nazywać Ioannis. Ale historia zapamięta go pod innym imieniem: Xenos. Cudzoziemiec. Ktoś, kto nie stąd. Obcy.
Nie wiemy nic o jego wykształceniu — źródła milczą, a jeśli już coś sugerują, to raczej prostotę niż erudycję. Wiemy za to, co zrobił: zostawił wszystko, co miał, i zaczął wędrować.
Xenos stronił od ludzi, nie szukał kontaktu. Chciał gór, milczenia, jaskini, samotnej modlitwy. Wędrując, dociera w końcu w okolice Rethymno, gdzie — jak zapisze później we własnym życiorysie — dwaj święci, Eutychios i Eutychianos, objawiają mu się we śnie i każą zbudować dla nich kościół. Buduje. To pierwszy z jego kościołów, pierwsza fundacja. Pierwsza z wielu.
I tu zaczyna się rzecz, która czyni tę historię wartą opowiedzenia.
Ludzie go znajdują sami.
Nazywa ich φιλόχριστοι — filochristoi, „miłujący Chrystusa". To określenie, którego sam używa w testamencie na bezimienny tłum, który go otacza, gdziekolwiek się zatrzyma. Chce być sam. Modlić się w ciszy. A oni przychodzą. Najpierw dwóch. Potem dziesięciu. Kupują dla niego ziemię. Znoszą zwierzęta. Pomagają budować. Nie odstępują go na krok — sam napisze później, że nie dawali mu nawet odpocząć.
To jest serce tej opowieści: człowiek, który przez całe życie ucieka przed wspólnotą, a wspólnota idzie za nim jak cień, którego nie da się zgubić.
Pomyślisz sobie, czytelniku, wielkie rzeczy, facet budował kościoły. Dziękuję, do widzenia, fajna historia, ale ja mam do obejrzenia, jak farba schnie.
Otóż nie. Budowanie czegokolwiek jest najmniej ważną częścią tej historii. Mam na myśli oczywiście budownictwo sakralne, bo Jan budował coś znacznie ważniejszego, monumentalnego. Jeszcze tego nie widzisz, ale za chwilę zobaczymy to razem.
W całej tej historii jest zaskakująco mało romantyzmu. Nie zaczyna od kościoła. Zaczyna od ziemi. Potem zostawia człowieka, który ma zostać na miejscu. Potem ogród. Winnica. Przy jednej z fundacji jego filochristoi przynoszą sto pięćdziesiąt uli. Sto pięćdziesiąt. Nie pszczół. Uli. Przyznam, że wróciłem do greckiego tekstu, bo byłem przekonany, że coś źle przeczytałem. A jednak. Potem stawia budynki dla mnichów, żeby – jak pisze bez cienia patosu – „mieli się gdzie wyspać”. Dopiero na końcu pojawia się kościół. Jakby był tylko zwieńczeniem czegoś, co od dawna już żyło własnym życiem. I dopiero na samym końcu, kiedy fundacja już żyje, żywi się i pracuje sama — wtedy, i tylko wtedy, Xenos rusza w końcu do Konstantynopola. Chce przywileju. Dostaje więcej, niż prosił. Od cesarza Romana III Argyrosa dostaje chryzobullę — coroczne wsparcie w złocie i liturgicznych szatach. Od patriarchy Aleksego Studyty dostaje coś ważniejszego: dokument, który czyni Myriokephalę stauropegionem. Brzmi jak sucha formułka kancelaryjna, ale w praktyce oznacza jedno — klasztor przestaje podlegać miejscowemu biskupowi czy metropolicie. Odtąd ani biskup, ani lokalny urzędnik kościelny, ani cesarski namiestnik nie mają prawa niczego od niego żądać. Jedyne, co zostaje patriarsze, to formalna wzmianka w modlitwie. Poza tym klasztor rządzi się sam — samorządny, niezależny, odpowiedzialny tylko przed sobą. Xenos nie poprosił o opiekuna. Poprosił o to, żeby jego wspólnotę zostawiono w spokoju — i to jest dokładnie to samo, o co walczył całe życie, tylko przeniesione na grunt prawa kościelnego.
Kościół nie jest projektem. Kościół jest tym, co zostaje, kiedy wspólnota już żyje własnym rytmem — kiedy jest komu uprawiać ziemię, doglądać uli, doić kozy, pilnować winnicy, gotować dla dwunastu mnichów. Xenos nie budował kościołów. Budował wspólnoty. Kościół przychodził na końcu, jako podpis pod czymś, co już miało realną formę.
Nie będę opisywał Myriokephali. Nie tym razem. Nie o architekturę tu chodzi.
Myriokephala jest sercem tej sieci — miejscem, do którego Xenos wraca, ilekroć rusza gdzie indziej, i z którego znowu wyrusza, kiedy tylko odzyska siły. To tu, na tej górze, objawia mu się wizja Matki Bożej Antiphonetrii, „Tej, która odpowiada" — i to jej imię nosi główny kościół fundacji. To tutaj, u schyłku życia, dyktuje swój testament, konający, otoczony uczniami, i to stąd — jak sam zapisał — cała reszta jego fundacji ma być odtąd zarządzana.
Ale to, co Myriokephala naprawdę scala, to nie kamienie. To ludzie. Dwunastu mnichów tutaj, garstka gdzie indziej, całe wioski filochristoi, które przez pokolenia żywią tę sieć, remontują dachy, przynoszą oliwę na lampy. Sieć wspólnot, nie sieć budynków — budynki są tylko tym, co przy okazji pozostaje widoczne do dziś.
Nie chcę tu robić wyliczanki fundacji, nie o to chodzi. Jeśli chcesz zobaczyć, poczuć, o co tu chodzi, odwiedź dwa miejsca.
Jedno to kościół Agios Pavlos na plaży Selouda, niedaleko Agia Roumeli. O tym miejscu już pisałem, odsyłam do tekstu.
Drugie to kościół Zoodochos Pigi w Alikianos. Droga prosta, dojazd łatwy, miejsce ze wszech miar dziwne. Samotny kościół pośród niczego, otoczony tylko pustą przestrzenią, gajami pomarańczowymi i oliwnymi. Ten kościół jest wyjątkowy wśród wszystkich fundacji Xenosa — bardzo bizantyński w formie, duży, jak na jego standardy.

I to jest dobry moment, żeby powiedzieć wprost coś, co dotąd tylko sugerowałem: Xenos jest świętym wyjątkowym. Nie robi cudów. Nie towarzyszą mu anielskie chóry, nie ma w jego historii nic z mistycyzmu, nic z baśniowej atmosfery, którą znasz z żywotów świętego Jerzego czy świętej Pelagii. A jednak zostawił po sobie dzieło, które przetrwało tysiąc lat i do dziś wpisane jest w krajobraz Krety.
Następnym razem, kiedy znowu będziesz jechał drogą, która chyba nigdy się nie kończy, i na końcu zobaczysz samotny kościół, być może zadasz sobie inne pytanie.
Nie: kto go zbudował?
Tylko: jaka wspólnota musiała tu kiedyś istnieć, skoro tysiąc lat później jej ślad wciąż stoi pośród bezdroży?
Jeżeli zadasz sobie właśnie to pytanie, prędzej czy później trafisz na Xenosa.
Obcego.
Bibliografia
Gerola, Giuseppe. Τοπογραφικός Κατάλογος των Τοιχογραφημένων Εκκλησιών της Κρήτης. Μετάφραση, πρόλογος, σημειώσεις Κ. Ε. Λασσιθιωτάκη. Ηράκλειον: Έκδοσις Εταιρίας Κρητικών Ιστορικών Μελετών, 1961.
Oikonomou, Sophia. The Life of Ioannes Xenos: Critical Edition and Commentary. PhD diss., King's College London, 1999.
Thomas, John, and Angela Constantinides Hero, eds. Byzantine Monastic Foundation Documents. Testament nr 8: „John Xenos: Testament of John Xenos for the Monastery of the Mother of God Antiphonetria of Myriokephala on Crete," trans. Gianfranco Fiaccadori.