30 May 2026

Wyspa na skrzyżowaniu śmierci. Kreta w czasach zarazy

Latem 1347 roku do portu w Chandaksie przypłynął statek z Konstantynopola. Przywiózł coś, na co nikt nie czekał: zarazę, która miała przeorać średniowieczną Kretę, jej miasta, wsie, porty, testamenty i wyobraźnię religijną.

Rycina przedstawiająca Candię, wenecki Chandaks, dzisiejszy Heraklion
Matthaeus Merian, Caspar Merian, Martin Zeiller. 1688. Candia, czyli wenecki Chandaks, dzisiejszy Heraklion. Fragment ryciny z widokiem miasta i portu, przez który przez stulecia przechodziły towary, ludzie i choroby.. (David Rumsey Historical Map Collection). Fragment ryciny: Candia (with) Corphu. Copperplate engraving on paper, Matthaeus Merians Seel. Erben, Frankfurt am Main, 1688.

Latem 1347 roku do portu w Chandaksie — dziś powiedzielibyśmy Heraklion — dobił statek z Konstantynopola. Nic nadzwyczajnego. Statki z Konstantynopola przypływały regularnie; Kreta żyła z morza, z handlu, z nieustannego ruchu towarów między Wschodem a Zachodem. Jedwab, przyprawy, wino, zboże, ikony, niewolnicy — wszystko przez Chandaks. Wenecjanie, którzy od 1204 roku trzymali wyspę żelazną ręką, wiedzieli, że ich kolonia jest warta tyle, ile warte są jej porty.

Ten konkretny statek przywiózł coś, na co nikt nie czekał.

Wiemy o nim tyle, że był. Wiemy, bo rok 1347 pojawia się w źródłach weneckich i bizantyjskich jako data pierwszego uderzenia zarazy na Krecie — tej samej zarazy, która właśnie wychodziła z Konstantynopola, zmierzając równocześnie ku Sycylii, Marsylii i wszystkim wielkim portom śródziemnomorskim. Czarna Śmierć nie podróżowała pieszo. Płynęła, od portu do portu, od miasta do miasta.

Królestwo Kandii, czyli Wenecja na Wschodzie

Żeby zrozumieć, dlaczego Kreta była tak bezbronna — i dlaczego jej historia w czasach zarazy jest tak niezwykła — trzeba ją zobaczyć taką, jaką była: wielką, skomplikowaną, niespokojną kolonią.

Po IV krucjacie i splądrowaniu Konstantynopola w 1204 roku Kretę otrzymał Bonifacy z Montferratu, który rychło sprzedał ją Wenecji. Zanim jednak Republika faktycznie przejęła wyspę, musiała najpierw wyrzucić Genuę, która zdążyła ją obsadzić. Nie był to prezent łatwy do utrzymania. Przez pierwsze dekady wyspa wybuchała powstaniami — grecki element ludności nie zamierzał pogodzić się z łacińskimi panami i zachodnim obrządkiem. Z czasem jednak wykształciło się coś osobliwego: społeczeństwo, które nie było ani czysto weneckie, ani czysto greckie, lecz jedno i drugie naraz, i coś trzeciego powyżej.

W portach mieszkali kupcy weneccy, obok nich żydowscy, obok nich ormiańscy. W małych, kamiennych kościółkach rozsianych po górach zachodniej Krety prawosławni chłopi modlili się przed freskami malowanymi przez miejscowych artystów, którzy znali zarówno Bizancjum, jak i włoską modę. W Chandaksie działały notariaty prowadzone po łacinie, a testamenty dyktowali tam zarówno łacinnicy, jak i Grecy. Wenecja nakładała podatki, obsadzała urzędy, wysyłała namiestników — ale wyspy nie zdołała przekuć na własne podobieństwo. Kreta była sobą.

I była bogata. Wino z Krety — to słodkie, gęste, które Zachód zwał malwazją — płynęło do całej Europy. Produkcja oliwy, hodowla zwierząt, tranzyt towarów ze Wschodu — wszystko to dawało kolonii znaczenie nieproporcjonalne do jej rozmiarów. A za bogactwem szedł ruch: ludzi, towarów i — kiedy przyszła pora — chorób.

Jak zaraza przychodziła na wyspę

Yersinia pestis — bakteria, której nikt wtedy nie widział i o której nikt nie miał pojęcia — podróżuje z gospodarzem. Jej gospodarzami są gryzonie i pchły, a te chętnie zasiedlają ładownie statków. Kiedy szczury umierają w porcie, pchły szukają nowego żywiciela. Wystarczy tłum na nabrzeżu.

Jesień 1347 roku. Kreta leży na skrzyżowaniu wszystkich ważnych szlaków morskich. Na zachód — Sycylia i Genua. Na północny zachód — Wenecja. Na wschód — Cypr, Syria, Aleksandria. Na północ — Konstantynopol, Tesaloniki, cały świat grecki. Każdy z tych kierunków przynosił teraz śmierć.

Źródła mówią o zarazie na Krecie już w 1347 roku — niemal równocześnie z pierwszymi wiadomościami z Sycylii i Konstantynopola. W 1348 roku choroba wybuchała na Rodos, Cyprze, w całym wschodnim Śródziemnomorzu. Kreta była pośrodku.

Jak bardzo wyspa ucierpiała podczas pierwszej fali, trudno dziś powiedzieć z precyzją. Demograficzne dane z XIV-wiecznej Krety są niekompletne — mamy szacunki, nie spisy. Wiemy jednak, że w całej Europie Czarna Śmierć zabiła od jednej czwartej do połowy populacji, a w niektórych obszarach miejskich — jeszcze więcej. Chandaks, port zatłoczony i ożywiony handlem, miał wszelkie dane ku temu, żeby znaleźć się w najgorszej kategorii.

A potem zaraza wróciła. I jeszcze raz. Między 1347 a 1453 rokiem epidemiolodzy doliczyli się na obszarze Bizancjum i jego otoczenia dziewięciu większych fal zarazy, jedenastu lokalnych wybuchów i szesnastu względnie spokojnych okresów. Kreta pojawia się w tej rachunkowości wielokrotnie: 1362 rok, lata 1376–1389, 1398 rok, między 1410 a 1420 — i tak dalej, co kilkanaście lat, jak rytm bicia serca, tyle że śmiertelny. Zaraza stała się stałym elementem kreteńskiego krajobrazu, czymś, na co się czeka, z czym się żyje i wobec czego się modli.

Głosy z archiwum: testamenty jako świadectwo

Jest w Wenecji archiwum — Archivio di Stato — gdzie przechowuje się dokumenty Republiki i jej kolonii. Wśród nich, w fascykułach oznaczonych jako Notai di Candia, leżą setki pergaminowych testamentów z Chandaksu, datowanych od 1312 do 1420 roku.

Sally McKee, kanadyjska historyczka, przeczytała je wszystkie. Wydała w 1998 roku trzytomowy zbiór liczący niemal siedemset dziewięćdziesiąt dokumentów — testament po testamencie, dyktowanych przez kobiety i mężczyzn, łacinników i Greków, kupców i rzemieślników, wolnych i wyzwoleńców.

Testamenty to szczególny gatunek źródła. Dyktuje się je, gdy czuje się zbliżającą śmierć. W spokojnych latach pojawiają się głównie u ludzi starszych lub poważnie chorych — u tych, którzy mają czas i możliwość. W latach zarazy krzywa jest inna. Nagle testamenty dyktują ludzie młodzi, zdrowi jeszcze tydzień temu, którzy poczuli powiększający się guz pod pachą albo w pachwinie i wiedzą — bo wszyscy już wiedzą — co to oznacza.

Czyta się te dokumenty z osobliwym uczuciem bliskości. Ja, Maria, żona Nikolaosa, będąc przy zdrowych zmysłach, lecz niepewna jutra... Potem lista dóbr: dom, ogród, dwa konie, ikona Najświętszej Marii Panny oprawna w srebro, skrzynka z tkaninami. Komu to przypada, komu tamto. Kim byli świadkowie. Jakie imię nosił notariusz, który zapisał ostatnią wolę kobiety, której już nie pamiętamy.

W tych dokumentach zaraza objawia się między innymi przez nieobecność. Mąż wymieniony jako świadek testamentu żony sam wkrótce zostaje wymieniony w cudzym testamencie jako niedawno zmarły. Notariusze znikają ze swoich rejestrów na kilka tygodni, po czym pojawia się nowy notariusz i protokoły zaczynają się od nowa. Ciągłość się urywa. Toczy się dalej.

Ioannis Pagomenos: malarz, którego zaraza zastała w drodze

Portrety fundatorów w kościele św. Michała Archanioła w Kavallariana na Krecie, freski Ioannisa Pagomenosa
Artur Kiwa. 2022. Portrety fundatorów na ścianie kościoła św. Michała Archanioła w Kavallariana na Krecie. Freski w tej świątyni są dziełem Ioannisa Pagomenosa, jednego z najważniejszych malarzy działających na zachodniej Krecie w pierwszej połowie XIV wieku. Tego typu przedstawienia pokazują nie świętych, lecz ludzi z epoki: tych, którzy fundowali i ozdabiali małe świątynie średniowiecznej Krety.. (Archiwum własne)

W zachodniej Krecie, z dala od portowego gwaru Chandaksu, od gór Sfakii po doliny Selino, stoi kilkadziesiąt małych, kamiennych kościółków. Większość jest zamknięta na klucz; żeby wejść, trzeba zapytać proboszcza albo starostę wioski, a i tak często okazuje się, że klucz ma sąsiad. W środku, na ścianach i sklepieniu, żyją freski.

Jeden malarz podpisał swoje dzieło w dziewięciu z tych kościółków. Nazywał się Ioannis Pagomenos i pracował w pierwszej połowie XIV wieku — od 1313 do około 1340 roku. Wiemy o nim tyle, ile powiedziały mu ściany: imię wyskrobane w tynku, data, jedno lub dwa słowa dedykacji. Żadnych dokumentów, żadnych rachunków, żadnego obrazu twarzy. Tylko freski.

A freski są niezwykłe. Nie dlatego, że dorównują mozaikom Rawenny albo freskom Giotta — są skromniejsze, prowincjonalne, malowane dla chłopskich wspólnot, które nie mogły sobie pozwolić na bardziej renomowanego artystę. Ale są żywe. Święci Pagomenosa mają twarze konkretnych ludzi; ich oczy patrzą z czegoś, co można nazwać obecnością. Chrystus Pantokrator w kościółku w Komitades patrzy prosto na wchodzącego — uważnie, jakby wiedział, po co przyszedł.

Pagomenos działał w świecie tuż przed katastrofą. Jego ostatnie datowane prace pochodzą z około 1340 roku. Zaraza uderzyła w Kretę siedem lat później. Czy malarz dożył epidemii? Czy przeżył? Nie wiemy. Jego syn Nikołaj kontynuował warsztat w latach sześćdziesiątych — co sugeruje, że rodzina przetrwała. Ale co stało się z samym Pagomenosem w lecie i jesieni 1347 roku, kiedy w portach zaczynali umierać ludzie? Tego ściany nam nie mówią.

To, co wiemy na pewno, to że Pagomenos pracował dla zleceniodawców z chłopskiej i drobnoszlacheckiej warstwy — dla tych, którzy budowali małe kościółki w górach, z dala od weneckich urzędów i łacińskich biskupów. W pewnym sensie jego freski to portret świata, który zaraza miała zniszczyć. Nie katastrofę, nie jej ślady — ale chwilę przed.

Dwa języki wobec śmierci: Wschód i Zachód

Georgios Klontzas, Η Δευτέρα Παρουσία, Sąd Ostateczny
Georgios Klontzas. XVI wiek. Georgios Klontzas, Η Δευτέρα Παρουσία [Sąd Ostateczny]. Ikona, XVI wiek, 96 × 127 cm.. (Ψηφιοποιημένο Αρχείο Ελληνικού Ινστιτούτου Βενετίας / Wikimedia Commons). Reprodukcja domeny publicznej. W źródle greckim obiekt opisany jako: Η Δευτέρα Παρουσία, Γεώργιος Κλόντζας, 16ος αιώνας, 96 × 127 εκ.

Kiedy Czarna Śmierć uderzyła w zachodnią Europę, tamtejsi artyści stopniowo wypracowali własny język obrazowy. Pojawiły się Tańce Śmierci — procesje szkieletów prowadzących za rękę papieży, królów, kupców i żebraków. Pojawiły się Triumfy Śmierci, jak ten namalowany w Campo Santo w Pizie: olbrzymi fresk, na którym Śmierć jako koścista kobieta kosi wszystkich bez wyjątku. Zaraza stała się tematem sztuki wprost, bez zasłon.

Na Krecie — i szerzej w tradycji bizantyjskiej — nie było tego języka. Nie dlatego, że śmierć była mniej realna. Była co najmniej tak samo obecna. Ale kultura prawosławna, ukształtowana przez wieki, miała inny sposób mówienia o umieraniu i zbawieniu.

Zamiast personifikacji Śmierci z kosą — wstawiennictwo świętych. Zamiast procesji szkieletów — Sąd Ostateczny, gdzie każda dusza staje przed Chrystusem Sędzią osobiście, a Deesis — Matka Boża i Jan Chrzciciel po obu stronach tronu — błaga o miłosierdzie. Zamiast trupich martwych natur — ikony świętych lekarzy, Kosmy i Damiana, czy świętego Sebastiana, którego rany od strzał skojarzyły się ludziom z niektórymi objawami dżumy.

Sąd Ostateczny jako temat ikonograficzny rozkwita na Krecie szczególnie bujnie właśnie po pierwszych falach zarazy — nie jako dosłowna odpowiedź na epidemię, ale jako pytanie, które zaraza uczyniła nagłym i palącym: co z moją duszą? Kiedy śmierć może przyjść jutro, pojutrze, za tydzień — kiedy ginie połowa miasta, całe wioski, rodziny naraz — pytanie o Sąd przestaje być teologiczną abstrakcją. Staje się sprawą praktyczną.

Późniejsi malarze kreteńscy, jak Georgios Klontzas w XVI wieku, rozbudowywali ikonografię Sądu Ostatecznego do wielofiguralnych kompozycji, gdzie kłębią się demony, aniołowie, potępieni i błogosławieni. Uczeni spierają się, czy to bezpośrednia odpowiedź na traumę wielokrotnych epidemii, czy raczej ogólnoeuropejska moda na temat eschatologiczny. Prawdopodobnie jedno i drugie — moda nigdy nie ma jednej uchwytnej przyczyny.

Zaraza i narodziny szkoły

Tu historia robi nieoczekiwany zwrot. Czarna Śmierć zniszczyła dużą część kreteńskiej populacji. Zabiła rzemieślników, kupców, zleceniodawców, być może i malarzy. Zdezorganizowała warsztaty i sieci patronatu. Wszystko to prawda. A jednocześnie — pośrednio — przyczyniła się do powstania czegoś niezwykłego.

Kolejne fale zarazy i stopniowy upadek Cesarstwa Bizantyjskiego — Turcy osmańscy zdobyli Konstantynopol w 1453 roku — wypychały z centrum ku peryferiom kolejne grupy ludzi: uczonych, teologów, kopistów, malarzy. Kreta, pod wenecką kontrolą, była bezpieczna. Miała porty, miała rynek, miała odbiorców. Miała też coś bezcennego: status pogranicza między Wschodem a Zachodem, między Bizancjum a Renesansem.

Tak rodziła się kreteńska szkoła malarstwa ikonowego — jeden z najważniejszych nurtów w historii ikony. Jej malarze uczyli się od konstantynopolskich mistrzów tradycji paleologowskiej, ale widzieli też dzieła italskie, florentyńskie perspektywy, weneckie odczucie koloru. Wypracowali styl, który był syntezą — złote tła jak w Bizancjum, ale coraz naturalniejsze pozy i twarze; hieratyczny spokój ikony, ale i liryczność, którą tchnie zachodni renesans.

Jej najsłynniejszym wychowankiem, który poszedł własną drogą, był Domenikos Theotokopoulos, urodzony na Krecie w 1541 roku, znany światu jako El Greco. Kiedy wyjechał do Wenecji, a potem do Hiszpanii, zabrał ze sobą oba języki — i ze zderzenia zrobił coś trzeciego, własnego, niepowtarzalnego. Ale to już inna opowieść.

Co zostało

W dzisiejszym Heraklionie, przy Placu Wolności i w okolicznych kawiarniach, trudno myśleć o zarazie. Miasto jest hałaśliwe, słoneczne, przepełnione w lecie turystami. Port sprawia wrażenie, jakby zawsze służył głównie promom do Pireusu i Aten.

Ale jeśli jedzie się na zachód, w głąb wyspy, przez góry Sfakii i doliny Apokoronas — tam wciąż stoją te kościółki. Wapień spłowiały od słońca, drzwi często z nową kłódką. Wewnątrz — półmrok, zapach wosku i starego tynku, i na ścianach twarze namalowane przez Pagomenosa lub kogoś z jego warsztatu ponad sześćset osiemdziesiąt lat temu.

Nie wiemy, ile z tych twarzy przeżyło zarazę roku 1347. Nie wiemy, czy jakakolwiek. Chłopi, którzy budowali kościółki, i rzemieślnicy, którzy je zdobili — większość z nich pozostawiła po sobie tylko imiona w inskrypcjach dedykacyjnych albo nie zostawiła nic. Notariusze z Chandaksu zapisali część z nich w testamentach; reszta minęła bez śladu.

Ale freski zostały. I to jest może najciekawszy wniosek z tej historii: dżuma nie zostawiła na kreteńskich ścianach obrazów zarazy ani szkieletów, ani tańców śmierci, żadnego dosłownego świadectwa. Zostawiła świętych wciąż wpatrzonych w modlących się — i nieobecność tych, którzy przestali przychodzić się modlić.

Tego, co zniknęło, nigdy nie namalowano.

Źródła i lektury

Kto chciałby zagłębić się w temat, ma do dyspozycji solidną bibliografię:

Historyczne i epidemiologiczne: C. Tsiamis, E. Poulakou-Rebelakou, A. Tsakris, Epidemic waves of the Black Death in the Byzantine Empire (1347–1453 AD), „Infezioni in Medicina" 2011 — artykuł dostępny na ResearchGate, najlepsze syntetyczne ujęcie tematu dla obszaru greckiego. Na temat XIX-wiecznej zarazy na Krecie, z historycznym wprowadzeniem sięgającym XIV wieku: The Plague in Crete During the 19th Century, PMC 2023.

Archiwalia: Sally McKee (red.), Wills from Late Medieval Venetian Crete 1312–1420, Dumbarton Oaks 1998 — trzy tomy, siedemset dziewięćdziesiąt testamentów. To podstawa dla każdego, kto chce zbliżyć się do konkretnych ludzi tamtej epoki.

Sztuka: Angeliki Lymberopoulou, Fourteenth-century Regional Cretan Church Decoration: the Case of the Painter Pagomenos and his Clientele, w: Series Byzantina VIII, 2010 — jedna z najważniejszych prac o Pagomenosie. O sztuce zarazy generalnie: Millard Meiss, Painting in Florence and Siena After the Black Death, Princeton 1951 — klasyk, dziś częściowo kontestowany, ale wciąż niezbędny punkt odniesienia. Cristina Stancioiu prowadzi projekt badawczy Salvaging Crete: Late Byzantine Churches and the Legacy of Painter Ioannis Pagomenos (grant Dumbarton Oaks 2019–2020).

Kontekst wenecki: K. Konstantinidou i in., Venetian Rule and Control of Plague Epidemics on the Ionian Islands during 17th and 18th Centuries, „Emerging Infectious Diseases" 2009 — dostępny bezpłatnie przez PubMed Central (PMC2660681).

Wyspa na skrzyżowaniu śmierci. Kreta w czasach zarazy