1 June 2026
Tamata. Formularz wniosku do nieba
W zapomnianych kaplicach Krety, obok ikon i świec, wiszą srebrne tabliczki, dziecięce buciki, kule ortopedyczne i laski. To nie są dekoracje. To materialne ślady próśb, lęków, wdzięczności i nadziei — małe formularze wniosku do nieba.

Wiele razy pisałem, że Kreta mnie czegoś nauczyła. Nie tylko o wyspie, jej trudnej historii i ludziach, którzy na niej żyją. Przede wszystkim o mnie. Kilka razy skonfrontowałem się z fizyczną słabością — to wiadomo, góry nie wybaczają pewnych złudzeń co do własnej formy. Ale były też konfrontacje cichsze: ze słabością ducha, z rozmytą granicą między tym, co wiem, a tym, co tylko myślę, że rozumiem.
Wiem, że latam po starych kościołach jak nie przymierzając oszalały neofita. To paradoks, który sam dostrzegam: agnostyk ganiający po kaplicach, zgłębiający Torę, analizujący meandry wschodniej ikonografii, szukający w tych miejscach czegoś, co wolę nie nazywać zbyt dokładnie, żeby nie skompromitować ani siebie, ani szukanego.
Tym razem nie o freskach — ileż można, prawda? Tym razem o szczegółach ukrytych w kątach. O rzeczach, których nie eksponują turystyczne katalogi i którym nikt nie robi zdjęcia z myślą o Instagramie, bo nie mieszczą się w kadrze i nie mają jednego ładnego koloru. Tym razem o τάματα — tabliczkach wotywnych.
Zobaczycie je w wielkich świątyniach w Heraklionie, Chanii, Rethymno: złote, srebrne, zamknięte za szybą, rzucające się w oczy blaskiem, chronione jak eksponaty. Zobaczycie je też w zapomnianych przez Boga i ludzi wiejskich kościółkach — powiązane w pęczki, stłoczone w kącie, pokryte pajęczyną i kurzem. Żywa kronika ludzkich pragnień. To, co zostaje, kiedy nie ma już nikogo, kto by pamiętał, o co się prosiło.
Moje pierwsze spotkanie z tym zjawiskiem nie miało w sobie nic mistycznego. Zobaczyłem, zaciekawiłem się, poczytałem trochę. Tyle. Bez emocji, bez olśnienia. Czym tamata naprawdę są — co znaczą dla mieszkańców Krety, jaką wagę mają jako praktyka, nie jako dekoracja — dowiedziałem się dużo później. To była część tego, co nazywam moim kreteńskim dojrzewaniem: rozumieniem wyspy nie jako tła, ale jako kontekstu.
Od Asklepiosa do wiejskiej kaplicy
Tradycja składania wotów ma w basenie Morza Śródziemnego bardzo długą historię, sięgającą świata egejskiego, Grecji archaicznej i klasycznej. Wierni składali w sanktuariach dary wotywne — ἀναθήματα — w podzięce za ocalenie, uzdrowienie albo spełnienie prośby. W świątyniach Asklepiosa znajdowano kamienne i terakotowe przedstawienia części ciała: nóg, rąk, oczu — ofiarowane po wyzdrowieniu. Tabliczki wotywne i miniaturowe modele organów odkryto między innymi w sanktuariach w Epidauros i Koryncie. Mechanizm religijny był przejrzysty: dar jako materialne potwierdzenie relacji z bóstwem.
W epoce hellenistycznej i rzymskiej praktyka ta nie zanikła, lecz rozwinęła się również w formę cienkich metalowych tabliczek z reliefem, zawieszanych w świątyniach. Równolegle funkcjonowało łacińskie ex voto — dosłownie „z powodu ślubu” — które dobrze oddaje istotę zjawiska: dar był realizacją obietnicy złożonej w obliczu zagrożenia.
Chrześcijaństwo nie zlikwidowało tej praktyki. Przetransformowało ją. Już w późnej starożytności wierni składali przy grobach męczenników i w kościołach dary wotywne — lampy, tabliczki, inskrypcje dziękczynne. Synody wczesnochrześcijańskie niekiedy regulowały tę praktykę, ale jej nie zakazały, bo była zbyt głęboko zakorzeniona w pobożności ludowej, żeby walka z nią miała sens. W świecie bizantyńskim rozpowszechniły się metalowe blaszki z wizerunkami części ciała lub scenami związanymi z wysłuchaną modlitwą — bezpośredni przodek dzisiejszych tamata.
Tradycja ma zatem charakter ciągłości przekształconej: od antycznych anathematów w sanktuariach greckich, przez rzymskie ex voto, po bizantyńskie i nowożytne formy chrześcijańskie. Zmienił się kontekst teologiczny — miejsce dawnych bóstw zajęli Chrystus, Bogurodzica i święci — ale sama struktura religijna pozostała rozpoznawalna: ślub, prośba, spełnienie obietnicy poprzez dar materialny. Na Krecie ta linia trwa wyjątkowo mocno. Wenecjanie jej nie przerwali. Osmanowie jej nie przerwali. Zmieniały się języki, władze, granice i doktrynalne ramy, ale potrzeba zostawienia materialnego śladu prośby albo wdzięczności pozostała.
Na wyspie zawsze wierzono, że święty może zająć się bardzo praktycznymi sprawami. Tu nie wznosiło się wyłącznie modłów o pokój na świecie. Tu modliło się o deszcz. O wyleczenie oczu. O zrośnięcie się złamanej nogi. O zdrowie, o plony, o szczęśliwy powrót z morza. Ludzkie troski od wieków były takie same — i święci odpowiadali na te proste prośby. A gdy już pomagali, zostawiało się coś na pamiątkę. Laskę. Kulę ortopedyczną. Tabliczkę.

Wejdź do kaplicy w Patsos, do Agios Antonios, i od razu wiadomo: to nie jest żadna „świątynia sztuki bizantyjskiej”. To jest magazyn ludzkiej nadziei. Tam, pod skałą, w grocie, stoją dziesiątki kul — tych do chodzenia, po złamaniach. Ktoś przyszedł o kulach, modlił się, wyzdrowiał i zostawił swoją podporę jako dowód. Jakby chciał powiedzieć: Święty Antoni, dzięki, teraz już nie potrzebuję, weź sobie na pamiątkę. I tak się uzbierało: jeden zostawił kulę, drugi laskę, trzeci kawałek gipsu ze złamanej ręki. Powstało muzeum ortopedii ludowej.

Srebrne tabliczki są wersją bardziej elegancką. Widzisz oko, nogę, serce, dziecko. To jest formularz wniosku do nieba: proszę o naprawę tej części ciała, ewentualnie ochronę tego dziecka. Krótko, zwięźle, ikonicznie. Ale czasem ludziom nie wystarczało sreberko. Zamiast tabliczki — bucik dziecka. Śliniaczek. Skarpetka. Albo but dorosłego marynarza, który chciał, żeby święty przypilnował jego drogi na morzu. Takie wotum było jeszcze bardziej osobiste: każdy wiedział, że święty spojrzy i od razu skojarzy, o kogo chodzi.

Dziś patrzymy na to z uśmiechem — bucik pod ikoną, śliniaczek przy Matce Bożej, kula oparta o ikonostas, trochę jak w biurze rzeczy znalezionych. Ale dla ludzi, którzy to zostawiali, to była sprawa życia i śmierci. Kiedy nie było lekarza. Kiedy morze zabierało rybaków. Kiedy dziecko chorowało i nie było nic pewnego ani nic do stracenia.
I tu mnie to uderza — mnie, agnostyka z biblioteczką, z notatkami, z nawykiem szukania wyjaśnień wszędzie poza sferą wiary.
Freski oglądamy jak dzieła sztuki. Studiujemy technikę, ikonografię, proweniencję, daty. Wkładamy je w ramy historii i estetyki. Ale tamata nie dają się wcisnąć w żadną ramę. To nie są dzieła sztuki. To są podpisy. Podpis prostego człowieka pod własnym losem. Ja, Nikos z Patsos, przyszedłem tu o kulach, a odchodzę o własnych siłach. Święty Antoni, pamiętaj mnie.
Kiedy stoję w takiej kaplicy i patrzę na srebrne tabliczki, buciki i kule, mam wrażenie, że ta księga Krety, o której ciągle mówię, pisze się sama. Każdy człowiek zostawia w niej jedną literę. I nagle cała ta historia — sprzed wieków i z dzisiaj — układa się w jedno zdanie: wiara to nie tylko dogmaty i wielkie traktaty teologiczne. To codzienna, bardzo konkretna walka o zdrowie, o dzieci, o to, żeby wrócić z morza.
Dlatego najbardziej lubię właśnie takie kaplice. Bo tam święci nie wiszą w złotych ramach za szybą. Tam są wśród ludzi. Ze srebrnym sercem, z wydrapanym okiem i z kulą ortopedyczną przypartą do ściany.
Można ich dotknąć. Nie mistycznie — fizycznie.
I może właśnie o to chodzi. Że trzy tysiące lat praktyki — od terakotowych nóg w świątyniach Asklepiosa po bucik przy ikonie w zapomnianym kościółku pod skałą — to nie tylko trwanie tradycji. To trwanie potrzeby. Tej samej, niezmienionej potrzeby, żeby ktoś usłyszał. Żeby zostawić ślad. Żeby powiedzieć: byłem tu, bałem się, prosiłem.
Źródła i literatura
Hughes, Jessica. Votive Body Parts in Greek and Roman Religion. Cambridge: Cambridge University Press, 2017.
Vikan, Gary. Byzantine Pilgrimage Art. Washington, DC: Dumbarton Oaks, 1982.