1 June 2026

Tamata. Formularz wniosku do nieba

W zapomnianych kaplicach Krety, obok ikon i świec, wiszą srebrne tabliczki, dziecięce buciki, kule ortopedyczne i laski. To nie są dekoracje. To materialne ślady próśb, lęków, wdzięczności i nadziei — małe formularze wniosku do nieba.

Srebrne tabliczki wotywne z okolic paleochrześcijańskiej bazyliki w Episkopi Agias
Artur Kiwa. 2024. Srebrne tabliczki wotywne z przedstawieniami części ciała i postaci. Okolice paleochrześcijańskiej bazyliki w Episkopi Agias.. (Archiwum własne)

Wiele razy pisałem, że Kreta mnie czegoś nauczyła. Nie tylko o wyspie, jej trudnej historii i ludziach, którzy na niej żyją. Przede wszystkim o mnie. Kilka razy skonfrontowałem się z fizyczną słabością — to wiadomo, góry nie wybaczają pewnych złudzeń co do własnej formy. Ale były też konfrontacje cichsze: ze słabością ducha, z rozmytą granicą między tym, co wiem, a tym, co tylko myślę, że rozumiem.

Wiem, że latam po starych kościołach jak nie przymierzając oszalały neofita. To paradoks, który sam dostrzegam: agnostyk ganiający po kaplicach, zgłębiający Torę, analizujący meandry wschodniej ikonografii, szukający w tych miejscach czegoś, co wolę nie nazywać zbyt dokładnie, żeby nie skompromitować ani siebie, ani szukanego.

Tym razem nie o freskach — ileż można, prawda? Tym razem o szczegółach ukrytych w kątach. O rzeczach, których nie eksponują turystyczne katalogi i którym nikt nie robi zdjęcia z myślą o Instagramie, bo nie mieszczą się w kadrze i nie mają jednego ładnego koloru. Tym razem o τάματα — tabliczkach wotywnych.

Zobaczycie je w wielkich świątyniach w Heraklionie, Chanii, Rethymno: złote, srebrne, zamknięte za szybą, rzucające się w oczy blaskiem, chronione jak eksponaty. Zobaczycie je też w zapomnianych przez Boga i ludzi wiejskich kościółkach — powiązane w pęczki, stłoczone w kącie, pokryte pajęczyną i kurzem. Żywa kronika ludzkich pragnień. To, co zostaje, kiedy nie ma już nikogo, kto by pamiętał, o co się prosiło.

Moje pierwsze spotkanie z tym zjawiskiem nie miało w sobie nic mistycznego. Zobaczyłem, zaciekawiłem się, poczytałem trochę. Tyle. Bez emocji, bez olśnienia. Czym tamata naprawdę są — co znaczą dla mieszkańców Krety, jaką wagę mają jako praktyka, nie jako dekoracja — dowiedziałem się dużo później. To była część tego, co nazywam moim kreteńskim dojrzewaniem: rozumieniem wyspy nie jako tła, ale jako kontekstu.

Od Asklepiosa do wiejskiej kaplicy

Tradycja składania wotów ma w basenie Morza Śródziemnego bardzo długą historię, sięgającą świata egejskiego, Grecji archaicznej i klasycznej. Wierni składali w sanktuariach dary wotywne — ἀναθήματα — w podzięce za ocalenie, uzdrowienie albo spełnienie prośby. W świątyniach Asklepiosa znajdowano kamienne i terakotowe przedstawienia części ciała: nóg, rąk, oczu — ofiarowane po wyzdrowieniu. Tabliczki wotywne i miniaturowe modele organów odkryto między innymi w sanktuariach w Epidauros i Koryncie. Mechanizm religijny był przejrzysty: dar jako materialne potwierdzenie relacji z bóstwem.

W epoce hellenistycznej i rzymskiej praktyka ta nie zanikła, lecz rozwinęła się również w formę cienkich metalowych tabliczek z reliefem, zawieszanych w świątyniach. Równolegle funkcjonowało łacińskie ex voto — dosłownie „z powodu ślubu” — które dobrze oddaje istotę zjawiska: dar był realizacją obietnicy złożonej w obliczu zagrożenia.

Chrześcijaństwo nie zlikwidowało tej praktyki. Przetransformowało ją. Już w późnej starożytności wierni składali przy grobach męczenników i w kościołach dary wotywne — lampy, tabliczki, inskrypcje dziękczynne. Synody wczesnochrześcijańskie niekiedy regulowały tę praktykę, ale jej nie zakazały, bo była zbyt głęboko zakorzeniona w pobożności ludowej, żeby walka z nią miała sens. W świecie bizantyńskim rozpowszechniły się metalowe blaszki z wizerunkami części ciała lub scenami związanymi z wysłuchaną modlitwą — bezpośredni przodek dzisiejszych tamata.

Tradycja ma zatem charakter ciągłości przekształconej: od antycznych anathematów w sanktuariach greckich, przez rzymskie ex voto, po bizantyńskie i nowożytne formy chrześcijańskie. Zmienił się kontekst teologiczny — miejsce dawnych bóstw zajęli Chrystus, Bogurodzica i święci — ale sama struktura religijna pozostała rozpoznawalna: ślub, prośba, spełnienie obietnicy poprzez dar materialny. Na Krecie ta linia trwa wyjątkowo mocno. Wenecjanie jej nie przerwali. Osmanowie jej nie przerwali. Zmieniały się języki, władze, granice i doktrynalne ramy, ale potrzeba zostawienia materialnego śladu prośby albo wdzięczności pozostała.

Na wyspie zawsze wierzono, że święty może zająć się bardzo praktycznymi sprawami. Tu nie wznosiło się wyłącznie modłów o pokój na świecie. Tu modliło się o deszcz. O wyleczenie oczu. O zrośnięcie się złamanej nogi. O zdrowie, o plony, o szczęśliwy powrót z morza. Ludzkie troski od wieków były takie same — i święci odpowiadali na te proste prośby. A gdy już pomagali, zostawiało się coś na pamiątkę. Laskę. Kulę ortopedyczną. Tabliczkę.

Grota Agios Antonios w Patsos z pozostawionymi kulami ortopedycznymi i wotami
Artur Kiwa. 2024. Grota Agios Antonios w Patsos. Przy skalnych ścianach widoczne są pozostawione kule ortopedyczne i inne wota dziękczynne.. (Archiwum własne)

Wejdź do kaplicy w Patsos, do Agios Antonios, i od razu wiadomo: to nie jest żadna „świątynia sztuki bizantyjskiej”. To jest magazyn ludzkiej nadziei. Tam, pod skałą, w grocie, stoją dziesiątki kul — tych do chodzenia, po złamaniach. Ktoś przyszedł o kulach, modlił się, wyzdrowiał i zostawił swoją podporę jako dowód. Jakby chciał powiedzieć: Święty Antoni, dzięki, teraz już nie potrzebuję, weź sobie na pamiątkę. I tak się uzbierało: jeden zostawił kulę, drugi laskę, trzeci kawałek gipsu ze złamanej ręki. Powstało muzeum ortopedii ludowej.

Wnętrze groty Agios Antonios w Patsos z kulami ortopedycznymi pozostawionymi jako wota
Artur Kiwa. 2024. Wnętrze groty Agios Antonios w Patsos. Kule ortopedyczne pozostawione przy skale tworzą jeden z najbardziej przejmujących śladów lokalnej praktyki wotywnej.. (Archiwum własne)

Srebrne tabliczki są wersją bardziej elegancką. Widzisz oko, nogę, serce, dziecko. To jest formularz wniosku do nieba: proszę o naprawę tej części ciała, ewentualnie ochronę tego dziecka. Krótko, zwięźle, ikonicznie. Ale czasem ludziom nie wystarczało sreberko. Zamiast tabliczki — bucik dziecka. Śliniaczek. Skarpetka. Albo but dorosłego marynarza, który chciał, żeby święty przypilnował jego drogi na morzu. Takie wotum było jeszcze bardziej osobiste: każdy wiedział, że święty spojrzy i od razu skojarzy, o kogo chodzi.

Dziecięce buciki pozostawione jako wotum w kaplicy na Krecie
Artur Kiwa. 2024. Dziecięce buciki pozostawione jako osobiste wotum. Tego typu przedmioty mówią często więcej niż srebrna tabliczka: wskazują konkretną prośbę, konkretny lęk i konkretne dziecko.. (Archiwum własne)

Dziś patrzymy na to z uśmiechem — bucik pod ikoną, śliniaczek przy Matce Bożej, kula oparta o ikonostas, trochę jak w biurze rzeczy znalezionych. Ale dla ludzi, którzy to zostawiali, to była sprawa życia i śmierci. Kiedy nie było lekarza. Kiedy morze zabierało rybaków. Kiedy dziecko chorowało i nie było nic pewnego ani nic do stracenia.

I tu mnie to uderza — mnie, agnostyka z biblioteczką, z notatkami, z nawykiem szukania wyjaśnień wszędzie poza sferą wiary.

Freski oglądamy jak dzieła sztuki. Studiujemy technikę, ikonografię, proweniencję, daty. Wkładamy je w ramy historii i estetyki. Ale tamata nie dają się wcisnąć w żadną ramę. To nie są dzieła sztuki. To są podpisy. Podpis prostego człowieka pod własnym losem. Ja, Nikos z Patsos, przyszedłem tu o kulach, a odchodzę o własnych siłach. Święty Antoni, pamiętaj mnie.

Kiedy stoję w takiej kaplicy i patrzę na srebrne tabliczki, buciki i kule, mam wrażenie, że ta księga Krety, o której ciągle mówię, pisze się sama. Każdy człowiek zostawia w niej jedną literę. I nagle cała ta historia — sprzed wieków i z dzisiaj — układa się w jedno zdanie: wiara to nie tylko dogmaty i wielkie traktaty teologiczne. To codzienna, bardzo konkretna walka o zdrowie, o dzieci, o to, żeby wrócić z morza.

Dlatego najbardziej lubię właśnie takie kaplice. Bo tam święci nie wiszą w złotych ramach za szybą. Tam są wśród ludzi. Ze srebrnym sercem, z wydrapanym okiem i z kulą ortopedyczną przypartą do ściany.

Można ich dotknąć. Nie mistycznie — fizycznie.

I może właśnie o to chodzi. Że trzy tysiące lat praktyki — od terakotowych nóg w świątyniach Asklepiosa po bucik przy ikonie w zapomnianym kościółku pod skałą — to nie tylko trwanie tradycji. To trwanie potrzeby. Tej samej, niezmienionej potrzeby, żeby ktoś usłyszał. Żeby zostawić ślad. Żeby powiedzieć: byłem tu, bałem się, prosiłem.

Źródła i literatura

Hughes, Jessica. Votive Body Parts in Greek and Roman Religion. Cambridge: Cambridge University Press, 2017.

Vikan, Gary. Byzantine Pilgrimage Art. Washington, DC: Dumbarton Oaks, 1982.

Tamata. Formularz wniosku do nieba