1 July 2025
Ściana pełna imion. Klasztor Świętych Piotra i Pawła na przylądku Spatha
Przez niemal sto lat żeglarze, kupcy i urzędnicy ryłi swoje imiona w tynku tego kościoła. Sześćdziesiąt sześć wpisów między 1514 a 1608 rokiem. Dokument ruchu, nie pobożności.

Klasztor Świętych Piotra i Pawła na przylądku Spatha nie leży przy drodze, bo żadna droga tam nie prowadzi — przynajmniej nie taka, którą nazwałbyś drogą bez wyrzutów sumienia. Półwysep Spatha, ten palec lądu wbity w Morze Śródziemne na północny zachód od Chanii, jest jednym z tych miejsc na Krecie, które skutecznie bronią się przed turystyką. Szutrówka z Rodopos robi swoje — po kilku kilometrach większość samochodów osobowych zaczyna wydawać odgłosy, których producent nie przewidywał. Ale jeśli dotrwasz, jeśli auto przeżyje, czeka cię coś, czego nie znajdziesz w żadnym folderze. Ściana pełna imion.

Zacznijmy od początku. Klasztor — bo to był klasztor, choć dziś wygląda bardziej jak opuszczony folwark — powstał gdzieś w późnym średniowieczu, razem z sąsiednim klasztorem Agios Ioannis w Gionas, kilka kilometrów dalej na północ. Obydwa tworzyły jeden kompleks monastyczny, który funkcjonował w czasach weneckich. To, że klasztor na Spatha był dobrze znany ludziom morza, wiemy nie z kronik ani dokumentów administracyjnych, lecz z samych ścian. Przez niemal sto lat żeglarze, kupcy, urzędnicy i podróżni zostawiali tu swoje imiona, daty i krótkie relacje z podróży. Po tureckim podboju Krety w 1669 roku obydwa klasztory przeszły pod opiekę potężnego klasztoru Gonia w Kolimbari. W katalogu kościołów i klasztorów sporządzonym przez Wenecjan w 1637 roku klasztor na Spatha w ogóle nie figuruje. Może był już wtedy zbyt mały, zbyt zapomniany, zbyt daleko. A może po prostu nikt nie zadał sobie trudu dotarcia tam z formularzem spisowym.

Kościół — catholicon, jak mówi się na główną świątynię klasztoru — jest jednonawowy i nakryty kopułą wykładaną bizantyjską ceramiką. Freski zachowały się w dwóch warstwach, dwóch epokach i dwóch różnych stylach. Starsza część, we wschodnim odcinku świątyni, pochodzi z końca XIV wieku. Malował ją anonimowy artysta działający w tradycji szkoły macedońskiej. Nie należał zapewne do najwybitniejszych mistrzów swojej epoki, ale pozostawił program ikonograficzny typowy dla późnośredniowiecznej Krety. Młodsza warstwa, związana z zachodnią dobudówką, powstała około połowy XV wieku. Widać w niej pewniejszą rękę, większą swobodę kompozycji i bogatszy repertuar scen.




Ale nie o freskach chcę Wam opowiedzieć. Przynajmniej nie przede wszystkim.
Wyobraźcie sobie: jest rok 1514. Jakiś żeglarz — może Kreteńczyk, może Wenecjanin, a może ktoś pomiędzy, bo w tej epoce granice tożsamości były znacznie bardziej płynne niż granice na mapach — dociera do tej zatoczki. Może przygnał go wiatr. Może szukał słodkiej wody. Może chciał pomodlić się przed dalszym rejsem, bo za Spathą zaczyna się otwarte morze i kończy osłona wyspy. Wchodzi do kościoła. Patrzy na freski. I zamiast tylko się pomodlić, sięga po nóż albo ostry kamień i ryje w tynku: 1514 / εγραψα εγο — napisałem ja.
Nie wiemy jak miał na imię. Nie wiemy skąd przypłynął. Nie wiemy nawet, czy był Grekiem, Wenecjaninem czy kimś jeszcze innym. Ale to wystarczy, żeby zrozumieć, co zaczęło się dziać z tą ścianą przez następne niemal sto lat. Ludzie pisali. Jeden po drugim, rok po roku, po grecku i po włosku, kursywą i drukowanymi literami, z datą i bez, z imieniem albo tylko pod monogramem. Łącznie sześćdziesiąt sześć wpisów pomiędzy rokiem 1514 a 1608.


Dimitris Tsougarakis — badacz, który zebrał i opracował corpus graffiti z kreteńskich kościołów i klasztorów — poświęcił tej jednej ścianie pięć stron swojego Syntagma Charagmaton, wydanego przez Akademię Ateńską w 2015 roku. To rzadkość. Większość świątyń otrzymuje akapit lub dwa. Ta ściana zasłużyła na więcej.
Kim byli ci ludzie? Rok 1523. Niejaki Georgios, sługa Boży, zostawił po sobie krótki zapis. Tekst jest uszkodzony i nie wszystko da się odczytać. Wiemy jednak, że przypłynął tutaj łodzią, wspomina wiatr, podróż i swoje przybycie. Pięćset lat później zostało po nim zaledwie kilka zdań — i to wystarczyło, by przetrwał.
Rok 1535. Manolis — imię popularne na Krecie jak Jan u nas — opisuje, że wrócił z przylądka, gdzie wiał silny wiatr. Morze go τρεμουτανα — trzęsło, kołysało, być może przestraszyło. Słowo ma w sobie coś bardzo fizycznego: drżenie pokładu, niepewność, nieprzyjemną podróż. Manolis nie brzmi jak pielgrzym. Brzmi jak człowiek morza, który właśnie przeżył cięższy dzień niż planował.

A potem pojawia się wpis, który brzmi niemal jak fragment dziennika okrętowego: „2 września 1540 roku przybyłem tu ja, Francesco Cristafer, syn nieżyjącego Luki, z załogą galeonu pana Girolama Corony i wraz z Zane Ulaco z Kandii." Nie wiemy, kim byli. Nie wiemy, dokąd płynęli. Wiemy tylko tyle, że uznali za stosowne zostawić swoje nazwiska na ścianie klasztoru stojącego na końcu świata.
Rok 1545. Georgios Gavalàs, który określa siebie mianem cancellarius — kanclerza. Towarzyszy temu notarialny monogram wycięty w tynku niemal tak samo starannie, jak pieczęć odciskana na dokumencie. Gavalàs to nazwisko dobrze znane w historii Krety. Jeden z tych rodów, które przez stulecia nauczyły się funkcjonować pomiędzy światem greckim a weneckim. Kanclerz na końcu półwyspu Spatha. Człowiek administracji, który zostawia swoją wizytówkę w miejscu, do którego dziś wielu turystów nie chce ryzykować jazdy.

Rok 1553. Manuel Skoutariotis zapisuje coś niezwykłego. Używa formy ήθελησα — „zechciałem", „postanowiłem", „pragnąłem odwiedzić". Nie opisuje samego przybycia, lecz zamiar. Pisze, że chciał odwiedzić kościół Świętych Apostołów Piotra i Pawła. Trudno powiedzieć, dlaczego wybrał właśnie taką formę. Być może była to zwyczajowa formuła pobożności. Być może chciał podkreślić sam akt pielgrzymki bardziej niż jej wykonanie. A może po prostu pisał tak, jak mówił.

Rok 1607. I tu trafiamy na prawdziwą perełkę. Nikolaos Priouli — nazwisko kojarzone z jednym z najbardziej wpływowych rodów Wenecji, obecnym w źródłach od średniowiecza — doktor prawa, przybywa wraz z czterdziestoma towarzyszami. Czterdziestoma. To nie wygląda na prywatną wycieczkę. Bardziej przypomina inspekcję, misję urzędową albo wyprawę człowieka, który nie podróżował samotnie. Priouli na Spatha z czterdziestoma ludźmi brzmi mniej więcej tak, jakby dziś minister przyjechał z całym gabinetem do schroniska na końcu Bieszczad.

Co nam to wszystko mówi? Przede wszystkim to, że ta ściana jest dokumentem. Nie tylko dokumentem religijności, choć i tego aspektu nie da się pominąć. Jest przede wszystkim dokumentem ruchu. Dokumentem ludzi przemieszczających się po zachodnim wybrzeżu Krety. Spatha była punktem na morskiej mapie. Żeglarze znali tę zatoczkę, wiedzieli o kościele i zatrzymywali się tutaj tak, jak dziś zatrzymujemy się na stacjach benzynowych albo parkingach przy autostradzie. Część z nich modliła się. Część odpoczywała. Część zostawiała ślad, bo potrzeba pozostawienia po sobie śladu okazuje się jedną z najbardziej trwałych cech ludzkiej natury.
Ale jest tu jeszcze coś więcej. Ten kościół był dostępny. Nie zamknięty. Nie ogrodzony. Nie chroniony szybą i alarmem. Stał otwarty na ludzi i wiatr przez dziesięciolecia. Każdy mógł wejść, obejrzeć freski i wyryć swoje imię w tynku. Dzisiaj nazwalibyśmy to dewastacją zabytku. W XVI wieku najwyraźniej postrzegano to inaczej. Dla wielu odwiedzających był to po prostu sposób powiedzenia: byłem tutaj.
Lassithiotakis odnotował ten obiekt lakonicznie jako Agios Pavlos (?) — ze znakiem zapytania, ponieważ nie był pewien wezwania świątyni. Tsougarakis rozwiał wątpliwości. Graffito numer 27, pozostawione przez Manuela Skoutariotisa w roku 1553, wymienia wprost: ναόν των Αγίων Αποστόλων Πέτρου και Παύλου — kościół Świętych Apostołów Piotra i Pawła. Pięćset lat później jedno wyryte zdanie rozwiązało problem, którego nie potrafił rozstrzygnąć katalog.
Czy to jest miejsce, które powinien zobaczyć każdy turysta? Nie mam pojęcia. Wiem tylko tyle, że dla mnie było to jedno z ciekawszych odkryć ostatnich lat. Nie dlatego, że zachowały się tu najpiękniejsze freski Krety. Nie zachowały się. Nie dlatego, że architektura robi oszałamiające wrażenie. Nie robi. Freski są mocno zniszczone i trudno porównywać je z Agios Nikolaos w Maza czy kościołem Przemienienia Pańskiego w Meskla. To jednak historia na zupełnie inny tekst.
Bibliografia
Tsougarakis, Dimitrios, i Eleni Angelomati-Tsougaraki. Σύνταγμα (Corpus) Χαραγμάτων Εκκλησιών και Μονών της Κρήτης. Ateny: Κέντρον Ερεύνης του Μεσαιωνικού και Νέου Ελληνισμού της Ακαδημίας Αθηνών, 2015. ISBN 978-960-404-296-8.
Gerola, Giuseppe. Τοπογραφικός Κατάλογος των Τοιχογραφημένων Εκκλησιών της Κρήτης. Tłum. i oprac. Κώστας Ε. Λασσιθιωτάκης. Heraklion: Εταιρία Κρητικών Ιστορικών Μελετών, 1961.